Jak juz pisalam w poprzedniej notce, lubie gorzka czekolade, taka z 70% zawartosci kakao i wiecej.
Od dawna uwazam, ze polaczenie takiej czekolady z malinami jest godne Oskara:)
Jak wiec zobaczylam kiedys w telewizji ten tort, to natychmiast wiedzialam, ze musze go zrobic.
No i natrafila sie okazja, czyli urodziny Wspanialego.
Wbrew pozorom tort jest bardzo latwy do zrobienia, bo sklada sie z dwoch krazkow ciasta czekoladowego polaczonych mieszanka swiezych malin z dzemem malinowym.
Tort czekoladowo-malinowy
Skladniki na okragla forme o wymiarach 9 cali (23cm)
225g ciemnej gorzkiej czekolady (8oz)
180g masla (6oz - 1.5 stick) pokrojonego w kostke
2 lyzeczki vanilii
1/4 lyzeczki kawy expresso w proszku
1 i 3/4 cup platkow migdalowych
1/4 cup maki
1/2 lyzeczki soli
5 duzych jajek
3/4 cup cukru (ja dalam mniej)
1/2 cup swiezych malin (dalam wiecej) i dodatkowe maliny do dekoracji
1/4 cup dzemu malinowego bez pestek
opcjonalnie 1/8 lyzeczki (lub duza szczypta( pieprzu kajenskiego (tego dodatku nie ma w przepisie, ale ja zawsze dodaje odrobine pieprzu kajenskiego do gorzkiej czekolady) Tego sie nie wyczuwa pozniej w smaku, ale ten niewielki dodatek pieprzu podkresla smak czekolady i daje taki tajemniczy posmak;)
Jesli ktos nigdy nie probowal, to radze zaczac od szczypty, ale na pewno nie bedziecie zalowac.
Polewa czekoladowa
100g czekolady tego samego gatunku co do ciasta
80ml smietanki kremowki
Do wykonania ciasta potrzebne sa dwie formy o srednicy 9cali (23cm) bo obydwa krazki ciasta musza sie piec w tym samym czasie. Jesli nie mamy dwoch form, to radzilabym podzielic skladniki ciasta na pol i kazdy z plackow piec osobno w odstepach czasowych tak aby kazdy placek mial szanse wystygnac w formie.
Ciasto jest bardzo delikatne wiec nie sadze, zeby druga porcja mogla czekac az sie upiecze i wystygnie pierwsza, bo to grozi opadnieciem ciasta.
Zaczynamy od lekkiego przybrazowienia platkow migdalowych, maja byc nie brazowe, ale lekko zlote.
Teraz odsypujemy 3/4 cup platkow i odkladamy na bok do dekoracji.
Maslo i pokruszona czekolade rozpuszczamy razem w kapieli wodnej (miska ustawiona na garnku z wolno gotuajca sie woda, tak aby dno miski nie dotykalo wody) oczywiscie czekolada i maslo sa w misce, a nie w garnku z woda;) Mieszamy az do rozpuszczenia sie czekolady i polaczenia z maslem w jednolita mase.
Odstawiamy do ostygniecia na 30 min.
Teraz tez mozna juz nagrzac piekarnik do temp 165C i przygotowac formy wykladajac dno papierem do pieczenia.
1cup platkow migdalowych wrzucamy do food procesora (malaksera) mielimy przez 45 do 60 sek., az do uzyskania konsystencji maki migdalowej. Nalezy uwazac, zeby ten proces nie trwal za dlugo, bo zaczna sie wydzielac tluszcze z migdalow i uzyskamy marcepan, co w tym przypadku nie jest pozadane.
Do zmielonych na maka platkow dodajemy make i sol i jeszcze mielimy przez 15 sekund.
Przekladamy mieszanke migdalow i maki do osobnej miski i odstawiamy na bok.
Do malaksera (processora) wbijamy teraz 5 jajek w calosci i ubijamy je na najwyzszych obrotach przez ok. 3 minuty az jajka podwoja swoja objetosc i masa zbieleje do kremowego koloru.
Dlaczego malakser a nie mikser?
Roznica ubijania w mikserze i malakserze polega na ilosci wbitego powietrza. Malakser nie ubije jajek na sztywna mase tak jak mikser. Do tego konkretnie ciasta jajka maja byc ubite ale bardziej rzadkie, bo chcemy osiagnac bardziej zbite i ciezkie czekoladowe ciasto a nie czekoladowy biszkopt.
Do ubitych jajek dodajemy cukier i ubijamy przez nastepne 15 sek ale juz na mniejszych obrotach.
Teraz wlewamy jajeczna mase do wczesniej rozpuszczonej czekolady i mieszamy delikatnie lopatka lub mieszadlem balonowym. Nalezy to zrobic bardzo delikatnie zeby nie utracic lekkosci ubitych jajek.
Jak juz masa jest na tyle wymieszana, ze jeszcze widac cienkie strugi jajek dosypujemy stopniowo (podzielona na 4 czesci) mieszanke produktow suchych (maka z migdalami i sola).
Robimy to znow bardzo delikatnie.
Teraz wylewamy ciasto do przygotowanych form (polowa do kazdej formy) i wstawiamy do nagrzanego piekarnika.
Piec ok. 20 min. w zaleznosci od piekarnika.
Ciasto jest gotowe jak patyk, ktorym naklujemy wychodzi wilgotny nie oblepiony ciastem.
Oba placki musza wystygnac w formie zeby sie nie pokruszyly w czasie skladania tortu.
W tym czasie robimy polewe czekoladowa. Znow w kapieli wodnej rozpuszczamy czekolade, tym razem ze smietana kremowka i odstawiamy do ostudzenia.
Przygotowujemy tez maliny do przelozenia ciasta. Swieze maliny nalezy rozgniesc lekko widelcem (za mocno rozgniecione puszcza sok, ktory pozniej bedzie wyciekal bokami tortu) i wymieszac z dzemem.
Skladanie tortu:
Jeden z plackow ukladamy na kratce do studzenia ciast (pod spod radze podlozyc forme do pieczenia ciastek, bo tam bedzie splywala polewa w czasie dekorowania) i wykladamy na niego przygotowane maliny, tak aby byly rozlozone rownomiernie, ale nalezy zostawic ok. 1.5cm wolnego ciasta od brzegu.
Przykrywamy drugim krazkiem, lekko dociskajac.
Drugi krazek radze polozyc "dnem" do gory, w ten sposob uzyskamy rowna powierzchnie dla polewy czekoladowej.
Calosc pokryc polewa, brzegi tortu wysypac odlozonymi platkami migdalowymi, a wierzch udekorwac swiezymi malinami.
Jesli przechowujecie tort w lodowce, to radze go wyjac na 30 min przed serwowaniem, zeby uzyskal temperature pokojowa. W takiej temperaturze smakuje lepiej, niz wyjety prosto z lodowki.
Calosc jest przepyszna!!! Polaczenie ciezkosci czekolady z malinami daje doskonala rownowage miedzy slodycza ciasta i lekko kwasnymi malinami.
Przepis pochodzi z programu American Test Kitchen.
Smacznego!!
Gotuje bo musze
Wednesday, February 22, 2012
Tuesday, February 21, 2012
Czekolada z gruszka
Nie da sie ukryc, lubie czekolade, ale tylko ciemna, taka ktora zawiera 70% kakao i wiecej.
Mleczna czekolada moze zarosnac pajeczyna w moim domu, biala tym bardziej mnie nie rajcuje.
Chociaz przyznam, ze mam ochote na jedno ciasto z uzyciem wszystkich trzech rodzajow czekolady i moze nawet sie kiedys na to zdobede.
A narazie zrobilam ciasto z czekolada i gruszkami.
Przepis znalazlam na blogu Smitten Kitchen, do ktorego systematycznie zagladam w poszukiwaniu inspiracji.
I to wlasnie ciasto przyciagnelo moja uwage, a wiec do dziela:)
Polecam odwiedzenie linka chocby z powodu zdjec, ktorych ja nie mam, a tam sa naprawde ladne.
Ciasto z gorzka czekolada i gruszkami
1 cup maki
1 lyzka stolowa proszku do pieczenia
1/4 lyzeczki soli
3 jajka o temperaturze pokojowej
4 uncje masla (1 stick) ok. 120 gram
3/4 cup cukru (ja daje mniej, bo nie lubie za slodkich ciast)
3 gruszki sredniej wielkosci
3/4 cup czekoladowych chunks (stosunkowo duze kawalki wieksze od regularnych chips)
Te ilosci sa podane na okragla forme o srednicy 9 cali (23 cm)
Forme do ciasta wysmarowac maslem i wysypac bulka tarta. Piekarnik nagrzac do temp. 180C.
Make, sol i proszek do pieczenia przesiac przez sitko i odstawic na bok.
Wiem, bo mnie tez zaskoczyla ta duza ilosc proszku do pieczenia i przyznaje, ze robilam to troche niedowierzajac, ale taka wlasnie ilosc jest potrzebna:)
Gruszki obrac i pokroic w kostke, czekolade jesli jest w formie bloku (ja taka uzylam) nalezy posiekac na kawalki.
W mikserze ubic jajka na najwyzszych obrotach. Jajka maja byc ubite do bialosci i na bardzo gesta piane, trwa to w zaleznosci od sily miksera ok 5 do 9 minut.
W tym czasie roztopic i zbrazowic maslo, az nabierze ciemno zlotego koloru i lekko orzechowego zapachu. Przy procesie brazowienia masla moga sie pojawic malenkie brazowe kropeczki, nie nalezy sie nimi przejmowac (nie beda widoczne) ale nie mozna masla przypalic, a wiec mieszanie jest pomocne.
Proces brazownienia masla powinien trwac ok. 6 do 8 minut.
Teraz zdejmujemy maslo z ognia, ale odstawiamy gdzies w cieple miejsce.
Do ubitych na gesto i bialo jajek dodac cukier i ubijac jeszcze przez 2-3 minuty.
W momencie kiedy jajka zaczynaja zmniejszac objetosc (pod wplywem cukru) zmniejszyc obroty miksera do mieszania i dodac make i zbrazowiony cukier.
Dodawanie nalezy robic stopniowo:
1/3 maki potem 1/2 masla, znow 1/3 maki i polowa masla i na koniec reszte maki.
Jest to konieczne, zeby nie stracic wiele z objetosci jajek.
Przy ostatniej czesci maki mozna juz przejsc na bardzo powolne mieszanie mikserem, lub nawet wymieszac recznie za pomoca lyzki, caly czas uwazajac, zeby nie stracic objetosci jajek.
Calosc ma byc delikatnie wymieszana.
Ciasto przelac do przygotowanej formy i na wierzch wylozyc wymieszane gruszki z kawalkami czekolady.
Dlatego wlasnie jest potrzebna taka duza ilosc proszku do pieczenia, bo ciasto wyrasta ponad warstwe czekolady i gruszek, zatapiajac je w srodku.
Piec w zaleznosci od piekarnika ok 50 do 60 min.
I tutaj musze przyznac, ze troche ciezko jest sprawdzic czy ciasto jest gotowe, bo metoda patyczka moze nie zadzialac jesli akurat trafimy na gruszke;)
Ale ciasto powinno byc upieczone jesli powierzchnia jest jasno brazowa i po dotkniecu ciasto jest sprezyste.
Nie mam ladnego zdjecia tego ciasta, niestety, bo bylo to akurat w Boze Narodzenie kiedy robilam za ofiare ostrych narzedzi, a wiec musicie sie zaspokoic tym co jest i moim opisem:)
Polaczenie gruszek i czekolady jest bardzo ciekawe smakowo, a dodatkowe doznania smakowe zdecydowanie powoduje to przypalane maslo. Nie potrafie tego opisac slowami, ale wiem na pewno, ze jesli sie ktos zdecyduje na skorzystanie z tego przepisu, to bedzie wyczuwal smak tego masla.
Ciasto jest tez puszyste, wilgotne i naprawde pyszne:)
Zreszta co ja sie bede wysilac z opisem smaku, jak zdjecie chyba przekaze lepiej;)
Ciasto smakuje, tak jak ponizej:))
Przekonalam? ;)
Mleczna czekolada moze zarosnac pajeczyna w moim domu, biala tym bardziej mnie nie rajcuje.
Chociaz przyznam, ze mam ochote na jedno ciasto z uzyciem wszystkich trzech rodzajow czekolady i moze nawet sie kiedys na to zdobede.
A narazie zrobilam ciasto z czekolada i gruszkami.
Przepis znalazlam na blogu Smitten Kitchen, do ktorego systematycznie zagladam w poszukiwaniu inspiracji.
I to wlasnie ciasto przyciagnelo moja uwage, a wiec do dziela:)
Polecam odwiedzenie linka chocby z powodu zdjec, ktorych ja nie mam, a tam sa naprawde ladne.
Ciasto z gorzka czekolada i gruszkami
1 cup maki
1 lyzka stolowa proszku do pieczenia
1/4 lyzeczki soli
3 jajka o temperaturze pokojowej
4 uncje masla (1 stick) ok. 120 gram
3/4 cup cukru (ja daje mniej, bo nie lubie za slodkich ciast)
3 gruszki sredniej wielkosci
3/4 cup czekoladowych chunks (stosunkowo duze kawalki wieksze od regularnych chips)
Te ilosci sa podane na okragla forme o srednicy 9 cali (23 cm)
Forme do ciasta wysmarowac maslem i wysypac bulka tarta. Piekarnik nagrzac do temp. 180C.
Make, sol i proszek do pieczenia przesiac przez sitko i odstawic na bok.
Wiem, bo mnie tez zaskoczyla ta duza ilosc proszku do pieczenia i przyznaje, ze robilam to troche niedowierzajac, ale taka wlasnie ilosc jest potrzebna:)
Gruszki obrac i pokroic w kostke, czekolade jesli jest w formie bloku (ja taka uzylam) nalezy posiekac na kawalki.
W mikserze ubic jajka na najwyzszych obrotach. Jajka maja byc ubite do bialosci i na bardzo gesta piane, trwa to w zaleznosci od sily miksera ok 5 do 9 minut.
W tym czasie roztopic i zbrazowic maslo, az nabierze ciemno zlotego koloru i lekko orzechowego zapachu. Przy procesie brazowienia masla moga sie pojawic malenkie brazowe kropeczki, nie nalezy sie nimi przejmowac (nie beda widoczne) ale nie mozna masla przypalic, a wiec mieszanie jest pomocne.
Proces brazownienia masla powinien trwac ok. 6 do 8 minut.
Teraz zdejmujemy maslo z ognia, ale odstawiamy gdzies w cieple miejsce.
Do ubitych na gesto i bialo jajek dodac cukier i ubijac jeszcze przez 2-3 minuty.
W momencie kiedy jajka zaczynaja zmniejszac objetosc (pod wplywem cukru) zmniejszyc obroty miksera do mieszania i dodac make i zbrazowiony cukier.
Dodawanie nalezy robic stopniowo:
1/3 maki potem 1/2 masla, znow 1/3 maki i polowa masla i na koniec reszte maki.
Jest to konieczne, zeby nie stracic wiele z objetosci jajek.
Przy ostatniej czesci maki mozna juz przejsc na bardzo powolne mieszanie mikserem, lub nawet wymieszac recznie za pomoca lyzki, caly czas uwazajac, zeby nie stracic objetosci jajek.
Calosc ma byc delikatnie wymieszana.
Ciasto przelac do przygotowanej formy i na wierzch wylozyc wymieszane gruszki z kawalkami czekolady.
Dlatego wlasnie jest potrzebna taka duza ilosc proszku do pieczenia, bo ciasto wyrasta ponad warstwe czekolady i gruszek, zatapiajac je w srodku.
Piec w zaleznosci od piekarnika ok 50 do 60 min.
I tutaj musze przyznac, ze troche ciezko jest sprawdzic czy ciasto jest gotowe, bo metoda patyczka moze nie zadzialac jesli akurat trafimy na gruszke;)
Ale ciasto powinno byc upieczone jesli powierzchnia jest jasno brazowa i po dotkniecu ciasto jest sprezyste.
Nie mam ladnego zdjecia tego ciasta, niestety, bo bylo to akurat w Boze Narodzenie kiedy robilam za ofiare ostrych narzedzi, a wiec musicie sie zaspokoic tym co jest i moim opisem:)
Polaczenie gruszek i czekolady jest bardzo ciekawe smakowo, a dodatkowe doznania smakowe zdecydowanie powoduje to przypalane maslo. Nie potrafie tego opisac slowami, ale wiem na pewno, ze jesli sie ktos zdecyduje na skorzystanie z tego przepisu, to bedzie wyczuwal smak tego masla.
Ciasto jest tez puszyste, wilgotne i naprawde pyszne:)
Zreszta co ja sie bede wysilac z opisem smaku, jak zdjecie chyba przekaze lepiej;)
Ciasto smakuje, tak jak ponizej:))
Przekonalam? ;)
Labels:
ciasta
Monday, February 20, 2012
Zupa z niespodzianka
Dawno, a nawet bardzo dawno mnie tu nie bylo, blog zarasta dzikimi chwastami a mnie sie nic nie chce.
Glowna przyczyna jest fakt, ze w ubieglym roku ze wzgledu na chorobe Tatka nie mielismy Thanksgiving, a wiadomo, ze to swieto z okazji, ktorego najwiecej gotuje.
Pozniej bylo Boze Narodzenie, ale poniewaz w Wigilie bylam uprzejma dziabnac sobie dwa palce w ciagu 10 minut i musialam opuscic kuchnie, pozostawiajac cala reszte gotowania Wspanialemu i Potomkowi, to w rezultacie bylam tak wqurwiona, ze nawet nie zrobilam zdjec potraw, ktore przygotowali pod moje dyktando.
No coz, jest jak jest, ale udalo mi sie sfotografowac zupe:))
Sukces, prawda?
No moze samo zdjecie nie jest sukcesem, ale zupa i owszem byla, wiec nalezy jej sie miejsce na blogu.
Zupa miala byc krem, ale poniewaz gotowalam ja wczesniej i musiala byc zamrozona, to zrobilam to troche inaczej.
A wiec tak:
Zupa ziemniaczana z niespodzianka
Ilosci skadnikow nie ma sensu podawac, bo po pierwsze jak zawsze byly "na oko" po drugie to wszystko zalezy od ilosci zupy, ktora chcemy uzyskac.
Jedno jest pewne, ma byc geste, a wiec w sumie duzo ziemniakow i wody, lub wywaru jarzynowego tyle tylko, aby zakryla gotujace sie ziemniaki.
Zaczynamy od rozpuszczenia niewielkiej ilosci masla w garze, gdzie bedzie sie gotowala zupa.
Do rozpuszczonego masla wrzucamy posiekane biale i jasno zielone czesci pora.
Dusimy przez kilka minut, tak aby tylko pory sie lekko spocily i zmiekly, nie przysmazac, bo to spowoduje, ze zupa bedzie gorzka.
Nastepnie wrzucamy do gara ziemniaki. Ja dalam pol na pol biale ziemniaki ze slodkimi, ale mysle, ze z samych bialych jesli ktos nie moze dostac slodkich zupa od biedy, tez bedzie dobra;)
Calosc zalewamy woda, lub wywarem z warzyw.
Jak widac wywaru jest niewiele, zawsze mozna pozniej troche dolac w razie potrzeby, ale pamietamy, ze zupa ma byc gesta. Posolic i dodac mielony bialy pieprz, do smaku.
Gotujemy tak dlugo az ziemniaki beda sie rozlatywac. W tym czasie mozemy otrzec na tarce skorke z pomaranczy i odlozyc ja na pozniej, do czasu serwowania zupy.
Teraz dodajemy swiezo wycisniety sok z pomaranczy, ja uzylam na to dwie pomarancze, bo tak mi "wyszlo" metoda probowania.
Nastepnie calosc miksujemy w blenderze.
Krem czyli smietanke dodalam dopiero przy serwowaniu zupy, a zrobilam to tak, ze ubilam smietanke bez rzadnych dodatkow tak jak sie robi normalnie bita smietane i dopiero serwujac dodalam na kazdy talerz lyzke bitej smietanki posypanej otarta skorka z pomaranczy.
Jak widac na zdjeciu smietanka w cieplej zupie sie natychmiast rozplywa, ale efekt jest mimo wszystko calkiem ladny.
No i co wazniejsze, taka zupe-krem (bez kremu) moglam spokojnie zamrozic bez obawy, ze cos sie zetnie, lub zwazy.
Zupa jest naprawde dobra i dzieki dodatkowi soku z pomaranczy ma bardzo ciekawy smak.
Pochwale sie tutaj, ze moja mala wnuczka zjadla cala miseczke tej zupy i jeszcze zabrala pojemnik na wynos:) Tak dziecku smakowalo!!
PS.
Obiecuje sie troche poprawic, bo wlasnie wczoraj upieklam pyszny (mam nadzieje;)) tort czekoladowo-malinowy, ktory bedzie poddany konsumpcji dzis, a wiec bedzie temat na nastepna notke.
Mam tez zalegle przepyszne ciasto z gruszkami i kawalkami czekolady, o ktorym powinnam napisac...
Trzymajcie kciuki;))
Glowna przyczyna jest fakt, ze w ubieglym roku ze wzgledu na chorobe Tatka nie mielismy Thanksgiving, a wiadomo, ze to swieto z okazji, ktorego najwiecej gotuje.
Pozniej bylo Boze Narodzenie, ale poniewaz w Wigilie bylam uprzejma dziabnac sobie dwa palce w ciagu 10 minut i musialam opuscic kuchnie, pozostawiajac cala reszte gotowania Wspanialemu i Potomkowi, to w rezultacie bylam tak wqurwiona, ze nawet nie zrobilam zdjec potraw, ktore przygotowali pod moje dyktando.
No coz, jest jak jest, ale udalo mi sie sfotografowac zupe:))
Sukces, prawda?
No moze samo zdjecie nie jest sukcesem, ale zupa i owszem byla, wiec nalezy jej sie miejsce na blogu.
Zupa miala byc krem, ale poniewaz gotowalam ja wczesniej i musiala byc zamrozona, to zrobilam to troche inaczej.
A wiec tak:
Zupa ziemniaczana z niespodzianka
Ilosci skadnikow nie ma sensu podawac, bo po pierwsze jak zawsze byly "na oko" po drugie to wszystko zalezy od ilosci zupy, ktora chcemy uzyskac.
Jedno jest pewne, ma byc geste, a wiec w sumie duzo ziemniakow i wody, lub wywaru jarzynowego tyle tylko, aby zakryla gotujace sie ziemniaki.
Zaczynamy od rozpuszczenia niewielkiej ilosci masla w garze, gdzie bedzie sie gotowala zupa.
Do rozpuszczonego masla wrzucamy posiekane biale i jasno zielone czesci pora.
Dusimy przez kilka minut, tak aby tylko pory sie lekko spocily i zmiekly, nie przysmazac, bo to spowoduje, ze zupa bedzie gorzka.
Nastepnie wrzucamy do gara ziemniaki. Ja dalam pol na pol biale ziemniaki ze slodkimi, ale mysle, ze z samych bialych jesli ktos nie moze dostac slodkich zupa od biedy, tez bedzie dobra;)
Calosc zalewamy woda, lub wywarem z warzyw.
Jak widac wywaru jest niewiele, zawsze mozna pozniej troche dolac w razie potrzeby, ale pamietamy, ze zupa ma byc gesta. Posolic i dodac mielony bialy pieprz, do smaku.
Gotujemy tak dlugo az ziemniaki beda sie rozlatywac. W tym czasie mozemy otrzec na tarce skorke z pomaranczy i odlozyc ja na pozniej, do czasu serwowania zupy.
Teraz dodajemy swiezo wycisniety sok z pomaranczy, ja uzylam na to dwie pomarancze, bo tak mi "wyszlo" metoda probowania.
Nastepnie calosc miksujemy w blenderze.
Krem czyli smietanke dodalam dopiero przy serwowaniu zupy, a zrobilam to tak, ze ubilam smietanke bez rzadnych dodatkow tak jak sie robi normalnie bita smietane i dopiero serwujac dodalam na kazdy talerz lyzke bitej smietanki posypanej otarta skorka z pomaranczy.
Jak widac na zdjeciu smietanka w cieplej zupie sie natychmiast rozplywa, ale efekt jest mimo wszystko calkiem ladny.
No i co wazniejsze, taka zupe-krem (bez kremu) moglam spokojnie zamrozic bez obawy, ze cos sie zetnie, lub zwazy.
Zupa jest naprawde dobra i dzieki dodatkowi soku z pomaranczy ma bardzo ciekawy smak.
Pochwale sie tutaj, ze moja mala wnuczka zjadla cala miseczke tej zupy i jeszcze zabrala pojemnik na wynos:) Tak dziecku smakowalo!!
PS.
Obiecuje sie troche poprawic, bo wlasnie wczoraj upieklam pyszny (mam nadzieje;)) tort czekoladowo-malinowy, ktory bedzie poddany konsumpcji dzis, a wiec bedzie temat na nastepna notke.
Mam tez zalegle przepyszne ciasto z gruszkami i kawalkami czekolady, o ktorym powinnam napisac...
Trzymajcie kciuki;))
Tuesday, November 15, 2011
Thanksgivng, czyli planujemy swiateczne przyjecie
Wszyscy chyba lubimy swieta, ale bardzo czesto jest to okres wzmozonego wysilku i w sumie jak juz goscie pukaja do drzwi to niejedna gospodyni najchetniej ukrylaby sie w szafie, bo jest tak przemeczona przygotowaniami. Sama pamietam jak dawniej robilam wiele rzeczy na ostatnia minute i czesto gdy goscie siedzieli przy stole to ja ciagle biegalam miedzy kuchnia a stolem.
Juz od lat staram sie tak organizowac swieta i nie tylko, tak abym mogla byc nie tylko gospodynia, ale i gosciem przy stole. W ten sam sposob mozna zaplanowac kazde wieksze przyjecie.
Ja akurat skupie sie na przygotowaniu swieta Thanksgiving, bo obecnie jestem na etapie przygotowan do tego swieta, ale mysle, ze przy odrobinie wyobrazni kazdy bedzie sobie mogl ten plan dopasowac do wlasnych potrzeb.
Miesiac przed:
Ustalamy liste gosci i sprawdzamy czy nikt na liscie nie ma zadnych restrykcji lub preferencji dietetycznych, ktore musimy uwzglednic.
3 tygodnie przed:
Kompletujemy dokladne menu z zaznaczeniem kazdej przystawki, dania, deseru i napojow. Pamietajmy o napojach dla dzieci i osob nie pijacych alkoholu, glownie tych, ktorzy po przyjeciu musza siasc za kierownica.
Ja mam taki zwyczaj, ze przy okazji swiat i wiekszych przyjec nie powtarzam dan, ktore byly w ubieglym roku, a wiec praktycznie 100% mojego menu jest dla mnie zupelnie nowe, wiec przysiadam sie do tego szczegolnie ostroznie analizujac kazdy przepis pod katem wykonania, zeby uniknac niespodzianek.
Analizuje stopien trudnosci i czas wykonania.
Teraz tez sprawdzamy w jakim stanie jest obrus, ktory chcemy wykorzystac w dniu swieta.
Jesli wymaga prania, czyszczenia czy tez prasowania robimy to teraz.
Wyprasowany obrus skladam delikatnie i wieszam w szafie na wieszaku, tak aby mial jak najmniej zagniecen skladania. Dobrze jest wykorzystac do tego celu wieszak do spodni i nalozyc na niego rurke kartonowa po recznikach papierowych. Tym sposobem unikamy dodatkowych zagniecen.
2 tygodnie przed:
Na podstawie przepisow dan, ktore wybralismy do wykonania robimy dokladna liste potrzebnych produktow.
Teraz jeszcze przed zrobieniem pierwszych zakupow przegladamy wszystkie zapasy domowe w poszukiwaniu produktow, ktore juz mamy w domu. Kazdy znaleziony produkt odznaczamy na liscie zakupow.
Dopiero teraz mozemy sie wybrac po wstepne zakupy, w czasie ktorych kupujemy wszystko co da sie zamrozic, lub co moze lezec na polce przez najblizsze 2 tygodnie.
A wiec kupujemy mieso, produkty suche, produkty nie wymagajace specjalnej troski i alkohole.
Teraz tez z lista dan robimy dokladny spis wszystkich naczyn, w ktorych te dania beda podane na stol oraz liste lyzek, szczypcow i widelcow do serwowania. Nie ma nic gorszego niz brakujaca lyzka do serwowania, ktora w ostatniej chwili trzeba zastapic lyzka nie pasujaca do serwisu.
Osobiscie bardzo sie przykladam do tego, bo nie znosze zadnej zbieraniny naczyn na stole. Mysle, ze warto poswiecic czas i wyobraznie zeby spisac wszystko co zapewni, ze nasz stol bedzie wygladal naprawde swiatecznie.
Tydzien przed:
Teraz mozemy juz zaczac przygotowywac dania, ktore moga spokojnie polezec w lodowce lub zamrazalniku do dnia przyjecia. Na tym etapie zwykle robie zurawine do indyka, oraz gravy (sos do miesa).
Juz widze niektore zdziwione miny, jak mozna zrobic gravy, skoro gravy robi sie na tluszczu z pieczenia indyka, albo na podrobach, ktore jeszcze spokojnie leza w zamrozonym ptaku:)
A wiec mam tutaj moja mala tajemnice:)) Co roku po upieczeniu ptaszydla, zlewam do plastikowego pojemnika tluszcz lacznie z wytopionym sosem i zamrazam na nastepny rok. Tym sposobem nie musze robic sosu na ostatnia minute i jest zawsze esencjonalny, bo przeciez wiemy, ze najlepsze sosy robi sie z wypieczonego tluszczu.
Teraz tez robie ciasto kruche na pie i zamrazam.
4-5 dni przed:
Zabieramy sie za naszego glownego gosica na stole, czyli indyka.
Najbezpieczniejsza metoda rozmrazania jest ulozenie ptaka na dole lodowki, ja wykorzystuje do tego jedna z szuflad, w ktorych normalnie znajduja sie warzywa.
W zaleznosci od wagi nasze ptaszydlo potrzebuje odpowiednia ilosc czasu na rozmrozenie (ok. jeden dzien na kazde 5 funtow - 2.5kg wagi ptaszora).
Moj tegoroczny indyk wazy 15 funtow czyli potrzebuje 3 doby na rozmrozenie, a wiec zostanie umieszczony na dole lodowki na 4 dni przed swietem. Uwaga! Ptaszydla nie rozpakowujemy, tylko rozmrazamy w oryginalnym opakowaniu.
2 dni przed:
Dzis gotujemy zupe, oczywiscie w przypadku jesli zupa jest daniem na liscie. Od kilku lat w moim domu jest tradycja minimlanej ilosci zupy i tak sie rodzina przyzwyczaila, ze bez zupy nie byloby Thanksgiving.
Dzis tez gotujemy brine (marynate wodna) dla indyka. Marynata to glownie woda, sol i przyprawy. Gotujemy ok. 4 litry wody, reszta bedzie uzupelniona zimna woda z kostkami lodu. Garnek (pojemnik) z ugotowana marynata wystawiamy na balkon, lub jesli w lodowce jest jeszcze miejsce wstawiamy do lodowki (w mojej lodowce juz nie ma miejsca:)), wiec marynata stoi na tarasie.
W tym dniu mozemy tez przygotowac czesc warzyw do dan "towarzyszacych" czyli side dishes.
I tak mozna juz pokroic lub zetrzec warzywa w odpowienia kostke, zdecydowanie mozna zetrzec ser do zapiekanek i te wszystkie skladniki moga lezec w lodowce w oznaczonych woreczkach ziplock.
Wiem, tarcie produktow mozna szybko zrobic w maszynie i tak robie, ale maszyne trzeba myc miedzy serem a marchewka, a to tez zajmuje cenny czas.
1 dzien przed:
Rano wyjmujemy indyka z lodowki, powinien byc juz rozmrozony i gotowy do dalszej obrobki. Myjemy ptaszydlo. Ja podroby i szyje pakuje do woreczka i chowam w zamrazalniku, w wolnej chwili z dodatkiem warzyw bedzie z tego wywar, ktory przyda sie do sosu, nadzienia i zupy na przyjecie w nastepnym roku.
Umytego indyka wrzucamy do brine (wodna marynata) i parkujemy znow na dole lodowki.
Dzis pieczemy ciasta oraz przygotowujemy side dishes (dania towarzyszace)
Mozna juz przygtotowac warstwy zapiekanki w naczyniu, w ktorym jutro bedzie zapieczona i podana na stol. Przygotowujemy wszystkie skladniki do nadzienia, tak aby jutro tylko zamieszac magiczna dlonia i wsunac je do piekarnika.
Mezem robimy ostatnie zakupy czyli warzywa lisciaste i owoce.
Przygotowujemy ewentualne zakaski, ktore wymagaja obrobki termicznej (pasztet) a moga polezec do jutra. W przypdku pasztetu mozna go spokojnie upiec kilka dni wczesniej i przechowywac w zamrazalniku.
Wieczorem nakrywamy stol, ustawiajac na nim nie tylko talerze dla gosci, ale wszystkie naczynia, ktore wczesniej zostaly przypisane odpowiednim daniom, stawiamy tam gdzie maja stac jutro. Tym sposobem unikamy przesuwania i reorganizowania stolu tuz przed obiadem.
Dzis wiemy juz gdzie kto siedzi:))
Uwaga na leworecznych, tych nalezy usadzic tak, aby nie tracali sie przy jedzeniu z praworecznym sasiadem.
Godzina zero czyli swieto:
Wstajemy radosne i podekscytowane (nie przemeczone) i pieczemy zapiekanki oraz nadzienie do indyka. Jesli jakies danie powinno byc koniecznie zrobione w dniu swieta, to robimy to teraz zaraz rano.
Myjemy i suszymy zielenine na salatki (ja zwykle robie dwie rozne salaty)
W czasie kiedy nasze side dishes i nadzienie sie piecze w piekarniku, my przygotowujemy salaty i umieszczamy je w miskach, ktore juz czekaja na nie na stole. Miske przykrywamy folia spozywcza i zapominamy o niej do czasu kiedy przyjda goscie.
Teraz przygotowujemy tez do pieczenia ptaka, czyli wyjmujemy go z brine i dokladnie osuszamy.
Ptaszydlo piecze sie dosc dlugo, min. 3 godziny ale dokladny sposob pieczenia jest juz w jednej notce, nie bede sie powtarzac.
Chociaz w tym roku po swiecie bedzie nowa:)) bo zmieniam brine i robie male udoskonalenia.
Ptak w piekarniku, gospodyni wyszla spod prysznica i sie pindrzy przed lustrem....
Wszystko idzie w/g planu.
Maz (partner) w tym czasie, poniewaz juz jest przygotowany na wizyte gosci, zeby mu sie nie nudzilo uklada na desce sery i owoce, ktore sa zakaskami, oraz na stoliku, przy ktorym beda spozywane zakaski uklada wszystko co przygotowalysmy wczesniej (dip, pasztet, nadziewane grzyby itp.)
Wiem, ja mam to szczescie, ze mam ogromny livingroom, w ktorym spokojnie miesci sie stol glowny i stolik do zakasek. Ale tez nie zawsze tak mialam, jak nie bylo osobnego stolika do zakasek to podawalam zakaski jako bufet na przygotowanej do tego celu szafce, lub na stoliku na kolkach.
Raczej unikam podawania zakasek przy stole glownym, bo to chcacy, niechcacy wprowadza to chaos na stole.
Moi goscie schodza sie na 2 godziny przed przewidywanym upieczeniem indyka.
Jest to czas wykorzystany wlasnie na zakaski i w tym czasie spoznialscy maja wybaczone;))
Nikt nie odwazy sie spoznic na obiad w moim domu:))
Nie u mnie, bo ja spoznialskich nie toleruje i musza sie sami obsluzyc, nie biegam, nie podaje, nie nadskakuje i nigdy nie odgrzewam dan, ktore zostaly podane zanim spoznialski sie pojawil. Ja w momencie gdy wyjmuje indyka z piekarnika juz jestem gosciem.
Wlasnie co robimy jak indyk jest upieczony?
Ptaszydlo musi odpoczac, my tez musielibysmy odpoczac gdyby nas trzymano w piekarniku przez kilka godzin. Wiec ptaszydlo nakryte folia aluminiowa odpoczywa przez 20-30 minut.
A my w tym czasie do ciagle wlaczonego piekarnika wstawiamy zapiekanki i dania towarzyszace, ktore powinny byc podane na cieplo. Teraz maja szanse podgrzania.
Ach, o malo co zapomnialam, bo ja nie ziemniaczana, ale Wspanialy zajmuje sie oprocz stolem zakasek rowniez gotowaniem ziemniakow. Tak, tak Wspanialy slini sie juz na sama mysl o ziemniakach od tygodnia:))
I to wszystko, to jest moj sposob na bezstresowe przyjecie swiateczne.
Mam nadzieje, ze komus sie przyda i rowniez mam nadzieje, ze w komentarzach podzielicie sie swoimi uwagami i swoimi sposobami.
A przepisy z ostatnich dwoch lat juz sa w notkach na Gotuje bo musze, oraz nowe, tegoroczne przepisy beda ale po swietach, a ja swietuje Thanksgiving w sobote;))
PS.
Zamieszczam te notke na obu blogach, bo nie wszyscy czytaja oba, a mam nadzieje, ze ta notka pomoze chociaz jednej gospodyni w zorganizowaniu przyjecia bez niepotrzebnego stresu.
Juz od lat staram sie tak organizowac swieta i nie tylko, tak abym mogla byc nie tylko gospodynia, ale i gosciem przy stole. W ten sam sposob mozna zaplanowac kazde wieksze przyjecie.
Ja akurat skupie sie na przygotowaniu swieta Thanksgiving, bo obecnie jestem na etapie przygotowan do tego swieta, ale mysle, ze przy odrobinie wyobrazni kazdy bedzie sobie mogl ten plan dopasowac do wlasnych potrzeb.
Miesiac przed:
Ustalamy liste gosci i sprawdzamy czy nikt na liscie nie ma zadnych restrykcji lub preferencji dietetycznych, ktore musimy uwzglednic.
3 tygodnie przed:
Kompletujemy dokladne menu z zaznaczeniem kazdej przystawki, dania, deseru i napojow. Pamietajmy o napojach dla dzieci i osob nie pijacych alkoholu, glownie tych, ktorzy po przyjeciu musza siasc za kierownica.
Ja mam taki zwyczaj, ze przy okazji swiat i wiekszych przyjec nie powtarzam dan, ktore byly w ubieglym roku, a wiec praktycznie 100% mojego menu jest dla mnie zupelnie nowe, wiec przysiadam sie do tego szczegolnie ostroznie analizujac kazdy przepis pod katem wykonania, zeby uniknac niespodzianek.
Analizuje stopien trudnosci i czas wykonania.
Teraz tez sprawdzamy w jakim stanie jest obrus, ktory chcemy wykorzystac w dniu swieta.
Jesli wymaga prania, czyszczenia czy tez prasowania robimy to teraz.
Wyprasowany obrus skladam delikatnie i wieszam w szafie na wieszaku, tak aby mial jak najmniej zagniecen skladania. Dobrze jest wykorzystac do tego celu wieszak do spodni i nalozyc na niego rurke kartonowa po recznikach papierowych. Tym sposobem unikamy dodatkowych zagniecen.
2 tygodnie przed:
Na podstawie przepisow dan, ktore wybralismy do wykonania robimy dokladna liste potrzebnych produktow.
Teraz jeszcze przed zrobieniem pierwszych zakupow przegladamy wszystkie zapasy domowe w poszukiwaniu produktow, ktore juz mamy w domu. Kazdy znaleziony produkt odznaczamy na liscie zakupow.
Dopiero teraz mozemy sie wybrac po wstepne zakupy, w czasie ktorych kupujemy wszystko co da sie zamrozic, lub co moze lezec na polce przez najblizsze 2 tygodnie.
A wiec kupujemy mieso, produkty suche, produkty nie wymagajace specjalnej troski i alkohole.
Teraz tez z lista dan robimy dokladny spis wszystkich naczyn, w ktorych te dania beda podane na stol oraz liste lyzek, szczypcow i widelcow do serwowania. Nie ma nic gorszego niz brakujaca lyzka do serwowania, ktora w ostatniej chwili trzeba zastapic lyzka nie pasujaca do serwisu.
Osobiscie bardzo sie przykladam do tego, bo nie znosze zadnej zbieraniny naczyn na stole. Mysle, ze warto poswiecic czas i wyobraznie zeby spisac wszystko co zapewni, ze nasz stol bedzie wygladal naprawde swiatecznie.
Tydzien przed:
Teraz mozemy juz zaczac przygotowywac dania, ktore moga spokojnie polezec w lodowce lub zamrazalniku do dnia przyjecia. Na tym etapie zwykle robie zurawine do indyka, oraz gravy (sos do miesa).
Juz widze niektore zdziwione miny, jak mozna zrobic gravy, skoro gravy robi sie na tluszczu z pieczenia indyka, albo na podrobach, ktore jeszcze spokojnie leza w zamrozonym ptaku:)
A wiec mam tutaj moja mala tajemnice:)) Co roku po upieczeniu ptaszydla, zlewam do plastikowego pojemnika tluszcz lacznie z wytopionym sosem i zamrazam na nastepny rok. Tym sposobem nie musze robic sosu na ostatnia minute i jest zawsze esencjonalny, bo przeciez wiemy, ze najlepsze sosy robi sie z wypieczonego tluszczu.
Teraz tez robie ciasto kruche na pie i zamrazam.
4-5 dni przed:
Zabieramy sie za naszego glownego gosica na stole, czyli indyka.
Najbezpieczniejsza metoda rozmrazania jest ulozenie ptaka na dole lodowki, ja wykorzystuje do tego jedna z szuflad, w ktorych normalnie znajduja sie warzywa.
W zaleznosci od wagi nasze ptaszydlo potrzebuje odpowiednia ilosc czasu na rozmrozenie (ok. jeden dzien na kazde 5 funtow - 2.5kg wagi ptaszora).
Moj tegoroczny indyk wazy 15 funtow czyli potrzebuje 3 doby na rozmrozenie, a wiec zostanie umieszczony na dole lodowki na 4 dni przed swietem. Uwaga! Ptaszydla nie rozpakowujemy, tylko rozmrazamy w oryginalnym opakowaniu.
2 dni przed:
Dzis gotujemy zupe, oczywiscie w przypadku jesli zupa jest daniem na liscie. Od kilku lat w moim domu jest tradycja minimlanej ilosci zupy i tak sie rodzina przyzwyczaila, ze bez zupy nie byloby Thanksgiving.
Dzis tez gotujemy brine (marynate wodna) dla indyka. Marynata to glownie woda, sol i przyprawy. Gotujemy ok. 4 litry wody, reszta bedzie uzupelniona zimna woda z kostkami lodu. Garnek (pojemnik) z ugotowana marynata wystawiamy na balkon, lub jesli w lodowce jest jeszcze miejsce wstawiamy do lodowki (w mojej lodowce juz nie ma miejsca:)), wiec marynata stoi na tarasie.
W tym dniu mozemy tez przygotowac czesc warzyw do dan "towarzyszacych" czyli side dishes.
I tak mozna juz pokroic lub zetrzec warzywa w odpowienia kostke, zdecydowanie mozna zetrzec ser do zapiekanek i te wszystkie skladniki moga lezec w lodowce w oznaczonych woreczkach ziplock.
Wiem, tarcie produktow mozna szybko zrobic w maszynie i tak robie, ale maszyne trzeba myc miedzy serem a marchewka, a to tez zajmuje cenny czas.
1 dzien przed:
Rano wyjmujemy indyka z lodowki, powinien byc juz rozmrozony i gotowy do dalszej obrobki. Myjemy ptaszydlo. Ja podroby i szyje pakuje do woreczka i chowam w zamrazalniku, w wolnej chwili z dodatkiem warzyw bedzie z tego wywar, ktory przyda sie do sosu, nadzienia i zupy na przyjecie w nastepnym roku.
Umytego indyka wrzucamy do brine (wodna marynata) i parkujemy znow na dole lodowki.
Dzis pieczemy ciasta oraz przygotowujemy side dishes (dania towarzyszace)
Mozna juz przygtotowac warstwy zapiekanki w naczyniu, w ktorym jutro bedzie zapieczona i podana na stol. Przygotowujemy wszystkie skladniki do nadzienia, tak aby jutro tylko zamieszac magiczna dlonia i wsunac je do piekarnika.
Mezem robimy ostatnie zakupy czyli warzywa lisciaste i owoce.
Przygotowujemy ewentualne zakaski, ktore wymagaja obrobki termicznej (pasztet) a moga polezec do jutra. W przypdku pasztetu mozna go spokojnie upiec kilka dni wczesniej i przechowywac w zamrazalniku.
Wieczorem nakrywamy stol, ustawiajac na nim nie tylko talerze dla gosci, ale wszystkie naczynia, ktore wczesniej zostaly przypisane odpowiednim daniom, stawiamy tam gdzie maja stac jutro. Tym sposobem unikamy przesuwania i reorganizowania stolu tuz przed obiadem.
Dzis wiemy juz gdzie kto siedzi:))
Uwaga na leworecznych, tych nalezy usadzic tak, aby nie tracali sie przy jedzeniu z praworecznym sasiadem.
Godzina zero czyli swieto:
Wstajemy radosne i podekscytowane (nie przemeczone) i pieczemy zapiekanki oraz nadzienie do indyka. Jesli jakies danie powinno byc koniecznie zrobione w dniu swieta, to robimy to teraz zaraz rano.
Myjemy i suszymy zielenine na salatki (ja zwykle robie dwie rozne salaty)
W czasie kiedy nasze side dishes i nadzienie sie piecze w piekarniku, my przygotowujemy salaty i umieszczamy je w miskach, ktore juz czekaja na nie na stole. Miske przykrywamy folia spozywcza i zapominamy o niej do czasu kiedy przyjda goscie.
Teraz przygotowujemy tez do pieczenia ptaka, czyli wyjmujemy go z brine i dokladnie osuszamy.
Ptaszydlo piecze sie dosc dlugo, min. 3 godziny ale dokladny sposob pieczenia jest juz w jednej notce, nie bede sie powtarzac.
Chociaz w tym roku po swiecie bedzie nowa:)) bo zmieniam brine i robie male udoskonalenia.
Ptak w piekarniku, gospodyni wyszla spod prysznica i sie pindrzy przed lustrem....
Wszystko idzie w/g planu.
Maz (partner) w tym czasie, poniewaz juz jest przygotowany na wizyte gosci, zeby mu sie nie nudzilo uklada na desce sery i owoce, ktore sa zakaskami, oraz na stoliku, przy ktorym beda spozywane zakaski uklada wszystko co przygotowalysmy wczesniej (dip, pasztet, nadziewane grzyby itp.)
Wiem, ja mam to szczescie, ze mam ogromny livingroom, w ktorym spokojnie miesci sie stol glowny i stolik do zakasek. Ale tez nie zawsze tak mialam, jak nie bylo osobnego stolika do zakasek to podawalam zakaski jako bufet na przygotowanej do tego celu szafce, lub na stoliku na kolkach.
Raczej unikam podawania zakasek przy stole glownym, bo to chcacy, niechcacy wprowadza to chaos na stole.
Moi goscie schodza sie na 2 godziny przed przewidywanym upieczeniem indyka.
Jest to czas wykorzystany wlasnie na zakaski i w tym czasie spoznialscy maja wybaczone;))
Nikt nie odwazy sie spoznic na obiad w moim domu:))
Nie u mnie, bo ja spoznialskich nie toleruje i musza sie sami obsluzyc, nie biegam, nie podaje, nie nadskakuje i nigdy nie odgrzewam dan, ktore zostaly podane zanim spoznialski sie pojawil. Ja w momencie gdy wyjmuje indyka z piekarnika juz jestem gosciem.
Wlasnie co robimy jak indyk jest upieczony?
Ptaszydlo musi odpoczac, my tez musielibysmy odpoczac gdyby nas trzymano w piekarniku przez kilka godzin. Wiec ptaszydlo nakryte folia aluminiowa odpoczywa przez 20-30 minut.
A my w tym czasie do ciagle wlaczonego piekarnika wstawiamy zapiekanki i dania towarzyszace, ktore powinny byc podane na cieplo. Teraz maja szanse podgrzania.
Ach, o malo co zapomnialam, bo ja nie ziemniaczana, ale Wspanialy zajmuje sie oprocz stolem zakasek rowniez gotowaniem ziemniakow. Tak, tak Wspanialy slini sie juz na sama mysl o ziemniakach od tygodnia:))
I to wszystko, to jest moj sposob na bezstresowe przyjecie swiateczne.
Mam nadzieje, ze komus sie przyda i rowniez mam nadzieje, ze w komentarzach podzielicie sie swoimi uwagami i swoimi sposobami.
A przepisy z ostatnich dwoch lat juz sa w notkach na Gotuje bo musze, oraz nowe, tegoroczne przepisy beda ale po swietach, a ja swietuje Thanksgiving w sobote;))
PS.
Zamieszczam te notke na obu blogach, bo nie wszyscy czytaja oba, a mam nadzieje, ze ta notka pomoze chociaz jednej gospodyni w zorganizowaniu przyjecia bez niepotrzebnego stresu.
Labels:
porady praktyczne
Saturday, October 29, 2011
Pisz babo pisz;)
W polowie pazdziernika zawsze napada mnie na gotowanie. Jest to niezaprzeczalny znak, ze lato sie skonczylo i jesien opanowala moj swiat. A dzis to nawet zima mi sie wkradla o czym pisalam na moim glownym blogu TUTAJ
Latem bywam w kuchni, ze tak powiem sporadycznie, bo glownie zywimy sie czym popadnie, ale na zime to chce sie czegos cieplego. No chce sie, zwlaszcza jak czlowiek wraca pozno po calym dniu pracy.
A ze z kolei nie chce sie gotowac, to wpadlam na pomysl, ze gotuje duze ilosci dziele w pojemniki i zamrazam. Pozniej tylko wystarczy z rana wyjac pojemnik z zamrazarki i juz jest gotowy obiad na wieczor.
Wspanialy nazywa te obiady Mystery Dinners, bo ja nie podpisuje pojemnikow, pozniej nie pamietam jak co wygladalo, zreszta po zamrozeniu to 80% zawartosci pojemnikow wyglada tak samo, albo podobnie i tym sposobem nigdy nie wiadomo co zostalo wyjete do rozmrozenia.
I tak juz w ubiegly weekend dopadlam do garow i nagotowalam na zapas:
Barszczyk Ukrainski,
Golabki,
Meatballs w sosie pomidorowym,
Chille con carne.
A w tym tygodniu nie bardzo wiedzialam do czego sie dorwac, wiec zaczelam sie rozgladac po szafkach i polkach lodowki w poszukiwaniu produktow.
Natknelam sie na 6 puszek garbanzo beans (cieciorka) i pomyslalam sobie, ze cos przydaloby sie z tego wyczarowac. W szafce znalazlam woreczek lentils (soczewica) i postanowilam to wykorzystac.
Ilosci w ponizszym przepisie sa na oko, bo nic nie mierzylam, ale wykorzystalam ok. 1 szklanki soczewicy i dwie duze puszki cieciorki. Z tym, ze pamietajcie ja gotowalam gar dla malej armii:)))
Niestety kazdy musi sobie jakos dopasowac te ilosci w/g wlasnych potrzeb.
Pomyslu za wiele nie mialam ale zaczelam od przygotowania bazy warzywnej i tak na dno gara zeliwnego (uwielbiam moje zeliwne gary mimo, ze ciezkie sa jak cholera) wlalam troche oliwy z oliwek na to wsypalam pokrojona w kostke duza cebule. Jak cebula zrobila sie przezroczysta, to dorzucilam do tego pol glowki drobno posiekanego czosnku, gdy zapach czosnku ogarnal kuchnie dodalam posiekane 2 marchewki i 3 lodygi (posiekane) selera naciowego.
Podsmazylam to cale towarzystwo ok. 5 min po czym wrzucilam wyplukana soczewice i wyplukane z zalewy ziarna cieciorki. Zalalam wszystko woda, posolilam, popieprzylam i gotowalam.
Z czysto wrodzonej fantazji dodalam jeszcze listek laurowy i kilka ziaren ziela angielskiego.
Gotowalo sie i gotowalo az cieciorka i soczewica byly miekkie.
Sprobowalam i doszlam do wniosku ze cos mi tu brakuje.
Moim zdaniem wszelkiego rozaju grochy lubia wedzonke, a przeciez soczewica i cieciorka to jakies grochowate sa.
Pokroilam (3cm kawalki) opakowanie plastrow dosc chudego wedzonego boczku, wysmazylam go na osobnej patelni na tyle na ile sie dalo, po czym wysmazone chrupiace kawalki boczku wybralam lyzka cedzakowa i wrzucilam do zupy.
I znow mnie fantazja naszla.
Otworzylam zamrazalnik i wyciagnelam pojemnik z siekanym koprem, ktory zawsze tak przechowuje i wsypalam solidna ilosc kopru do zupy.
Teraz bylam zadowolona.
Postanowilismy, ze zjemy po misce swiezej zupy wlasnie dzis na obiad, a reszte sie jak zawsze zamrozi.
I wlasnie jedlismy kiedy Wspanialy powiedzial:
-- Mam nadzieje, ze zapisujesz przepisy na te zupy co je tworzysz na zime.
-- Mmmm... no raczej... nie... - przyznalam sie bez bicia.
-- To pisz babo pisz, bo to naprawde dobra zupa, a Ty potem nie pamietasz i na nastepny rok jest zawsze cos innego.
-- Ale to ciekawiej jak jest co roku cos nowego.
-- No owszem ciekawie jest, ale ja czasem chcialbym te sama zupe, a jak sie upominam to Ty zupelnie nie masz pojecia o czym mowie.
No to zapisalam.
Zdjecia nie bedzie, bo zupa juz zamrozona, a ta co zjedzona tez sie sfotografowac nie da;/
Jak bede pamietac, to cykne zdjecie jak rozmroze pojemnik kiedys;))
A narazie polecam, bez dowodow, tak tylko na slowo harcerza...
Latem bywam w kuchni, ze tak powiem sporadycznie, bo glownie zywimy sie czym popadnie, ale na zime to chce sie czegos cieplego. No chce sie, zwlaszcza jak czlowiek wraca pozno po calym dniu pracy.
A ze z kolei nie chce sie gotowac, to wpadlam na pomysl, ze gotuje duze ilosci dziele w pojemniki i zamrazam. Pozniej tylko wystarczy z rana wyjac pojemnik z zamrazarki i juz jest gotowy obiad na wieczor.
Wspanialy nazywa te obiady Mystery Dinners, bo ja nie podpisuje pojemnikow, pozniej nie pamietam jak co wygladalo, zreszta po zamrozeniu to 80% zawartosci pojemnikow wyglada tak samo, albo podobnie i tym sposobem nigdy nie wiadomo co zostalo wyjete do rozmrozenia.
I tak juz w ubiegly weekend dopadlam do garow i nagotowalam na zapas:
Barszczyk Ukrainski,
Golabki,
Meatballs w sosie pomidorowym,
Chille con carne.
A w tym tygodniu nie bardzo wiedzialam do czego sie dorwac, wiec zaczelam sie rozgladac po szafkach i polkach lodowki w poszukiwaniu produktow.
Natknelam sie na 6 puszek garbanzo beans (cieciorka) i pomyslalam sobie, ze cos przydaloby sie z tego wyczarowac. W szafce znalazlam woreczek lentils (soczewica) i postanowilam to wykorzystac.
Ilosci w ponizszym przepisie sa na oko, bo nic nie mierzylam, ale wykorzystalam ok. 1 szklanki soczewicy i dwie duze puszki cieciorki. Z tym, ze pamietajcie ja gotowalam gar dla malej armii:)))
Niestety kazdy musi sobie jakos dopasowac te ilosci w/g wlasnych potrzeb.
Pomyslu za wiele nie mialam ale zaczelam od przygotowania bazy warzywnej i tak na dno gara zeliwnego (uwielbiam moje zeliwne gary mimo, ze ciezkie sa jak cholera) wlalam troche oliwy z oliwek na to wsypalam pokrojona w kostke duza cebule. Jak cebula zrobila sie przezroczysta, to dorzucilam do tego pol glowki drobno posiekanego czosnku, gdy zapach czosnku ogarnal kuchnie dodalam posiekane 2 marchewki i 3 lodygi (posiekane) selera naciowego.
Podsmazylam to cale towarzystwo ok. 5 min po czym wrzucilam wyplukana soczewice i wyplukane z zalewy ziarna cieciorki. Zalalam wszystko woda, posolilam, popieprzylam i gotowalam.
Z czysto wrodzonej fantazji dodalam jeszcze listek laurowy i kilka ziaren ziela angielskiego.
Gotowalo sie i gotowalo az cieciorka i soczewica byly miekkie.
Sprobowalam i doszlam do wniosku ze cos mi tu brakuje.
Moim zdaniem wszelkiego rozaju grochy lubia wedzonke, a przeciez soczewica i cieciorka to jakies grochowate sa.
Pokroilam (3cm kawalki) opakowanie plastrow dosc chudego wedzonego boczku, wysmazylam go na osobnej patelni na tyle na ile sie dalo, po czym wysmazone chrupiace kawalki boczku wybralam lyzka cedzakowa i wrzucilam do zupy.
I znow mnie fantazja naszla.
Otworzylam zamrazalnik i wyciagnelam pojemnik z siekanym koprem, ktory zawsze tak przechowuje i wsypalam solidna ilosc kopru do zupy.
Teraz bylam zadowolona.
Postanowilismy, ze zjemy po misce swiezej zupy wlasnie dzis na obiad, a reszte sie jak zawsze zamrozi.
I wlasnie jedlismy kiedy Wspanialy powiedzial:
-- Mam nadzieje, ze zapisujesz przepisy na te zupy co je tworzysz na zime.
-- Mmmm... no raczej... nie... - przyznalam sie bez bicia.
-- To pisz babo pisz, bo to naprawde dobra zupa, a Ty potem nie pamietasz i na nastepny rok jest zawsze cos innego.
-- Ale to ciekawiej jak jest co roku cos nowego.
-- No owszem ciekawie jest, ale ja czasem chcialbym te sama zupe, a jak sie upominam to Ty zupelnie nie masz pojecia o czym mowie.
No to zapisalam.
Zdjecia nie bedzie, bo zupa juz zamrozona, a ta co zjedzona tez sie sfotografowac nie da;/
Jak bede pamietac, to cykne zdjecie jak rozmroze pojemnik kiedys;))
A narazie polecam, bez dowodow, tak tylko na slowo harcerza...
Labels:
zupy
Monday, August 15, 2011
Kreatywnosc z koniecznosci
Wczoraj caly dzien i noc padalo. Rano wyszlam na patio, zeby zebrac dojrzale pomidory koktajlowe i zobaczylam, ze czesc z nich popekala z deszczu. Wyrzucic szkoda, polezec nie poleza, wiec musialam cos wydumac zeby je zuzyc.
Wczesniej planowalam na obiad spagetti z krewetkami i tak patrzac na te pomidory przypomnialo mi sie, ze kiedys ogladalam program, w ktorym jakis wloski szef kuchni przyrzadzal wlasnie spagetti z krewetkami i z pomidorkami koktajlowymi.
Nie wiem na ile udalo mi sie odtworzyc to danie z pamieci, bo nie zapisalam nigdzie przepisu, a znalezc go tez nie moglam na necie skoro nie pamietam nazwiska szefa, ale danie wyszlo na tyle ciekawe i smaczne, ze postanowilam zapisac tutaj.
Pasta z krewetkami inaczej
makaron spagetti
krewetki swieze, oczyszczone
pomidory koktajlowe
cebula
kilka zabkow czosnku
garsc lisci swiezej bazyli
sol
pieprz
papryka w proszku
oliwa z oliwek lub inny dobry olej
odrobina cukru
Nie podaje ilosci, bo ja robilam to danie na dwie osoby, wiec wszystko zalezy od ilosci osob i ich indywidualnego apetytu;)
Wstawic wode na gotowanie makaronu i w tym czasie przygotowywac sos.
Najpierw pokroic pomidory na polowki, lub cwiartki w zaleznosci od wielkosci, ja mialam w sumie dwa rodzaje pomidorow, bo te bardziej czerwone byly kupione i te o dziwnym kolorze to z naszych skrzynek.
Posiekac cebule w kostke sredniej wielkosci i drobno posiekac czosnek.
Sol, pieprz i papryke wymieszac w razem w na tyle duzej misce, zeby zmiescily sie tam wyplukane i wysuszone wczesniej krewetki.
Jak woda sie zacznie gotowac, wrzucic makaron i zaczac glowne przygotowanie sosu.
W duzej patelni rozgrzac oliwe. Krewetki wrzucic do wymieszanych przypraw i po obtoczeniu wrzucic je na ostry ogien. Szybko podsmazajac, doslownie kilka sekund na kazda strone, tak zeby sie tylko przyrumienily ale nie ugotowaly. Wyjac krewetki na osobna miske i do tluszczu na patelni dodac najpierw cebule. Jak juz cebula zacznie mieknac dodac czosnek, kiedy czosnek wydzieli aromat dodac pomidory, a kiedy te z kolei zaczna sie marszczyc dodac pokrojone w paseczki liscie bazyli.
Gotowac na srednim ogniu ok. 3-4 minuty.
Nastepnie dodac wczesniej podsmazone krewetki i dusic je w sosie przez ok. 4 minuty, w zaleznosci od wielkosci krewetek. Uwazac, zeby nie za dlugo, bo przegotowane krewetki sa gumiaste w smaku i nie dobre. W tym czasie powinien sie ugotowac makaron, ktory ja wyjmuje specjalna lyzka prosto z wody do patelni z sosem. W ten sposob ociekajacy woda makaron latwiej laczy sie z sosem.
Calosc wymieszac, przykryc pokrywka i wylaczyc gaz. Po kilku kolejnych minutach danie jest gotowe.
Podawac skropione oliwa z oliwek i sokiem cytrynowym.
Wczesniej planowalam na obiad spagetti z krewetkami i tak patrzac na te pomidory przypomnialo mi sie, ze kiedys ogladalam program, w ktorym jakis wloski szef kuchni przyrzadzal wlasnie spagetti z krewetkami i z pomidorkami koktajlowymi.
Nie wiem na ile udalo mi sie odtworzyc to danie z pamieci, bo nie zapisalam nigdzie przepisu, a znalezc go tez nie moglam na necie skoro nie pamietam nazwiska szefa, ale danie wyszlo na tyle ciekawe i smaczne, ze postanowilam zapisac tutaj.
Pasta z krewetkami inaczej
makaron spagetti
krewetki swieze, oczyszczone
pomidory koktajlowe
cebula
kilka zabkow czosnku
garsc lisci swiezej bazyli
sol
pieprz
papryka w proszku
oliwa z oliwek lub inny dobry olej
odrobina cukru
Nie podaje ilosci, bo ja robilam to danie na dwie osoby, wiec wszystko zalezy od ilosci osob i ich indywidualnego apetytu;)
Wstawic wode na gotowanie makaronu i w tym czasie przygotowywac sos.
Najpierw pokroic pomidory na polowki, lub cwiartki w zaleznosci od wielkosci, ja mialam w sumie dwa rodzaje pomidorow, bo te bardziej czerwone byly kupione i te o dziwnym kolorze to z naszych skrzynek.
Posiekac cebule w kostke sredniej wielkosci i drobno posiekac czosnek.
Sol, pieprz i papryke wymieszac w razem w na tyle duzej misce, zeby zmiescily sie tam wyplukane i wysuszone wczesniej krewetki.
Jak woda sie zacznie gotowac, wrzucic makaron i zaczac glowne przygotowanie sosu.
W duzej patelni rozgrzac oliwe. Krewetki wrzucic do wymieszanych przypraw i po obtoczeniu wrzucic je na ostry ogien. Szybko podsmazajac, doslownie kilka sekund na kazda strone, tak zeby sie tylko przyrumienily ale nie ugotowaly. Wyjac krewetki na osobna miske i do tluszczu na patelni dodac najpierw cebule. Jak juz cebula zacznie mieknac dodac czosnek, kiedy czosnek wydzieli aromat dodac pomidory, a kiedy te z kolei zaczna sie marszczyc dodac pokrojone w paseczki liscie bazyli.
Gotowac na srednim ogniu ok. 3-4 minuty.
Nastepnie dodac wczesniej podsmazone krewetki i dusic je w sosie przez ok. 4 minuty, w zaleznosci od wielkosci krewetek. Uwazac, zeby nie za dlugo, bo przegotowane krewetki sa gumiaste w smaku i nie dobre. W tym czasie powinien sie ugotowac makaron, ktory ja wyjmuje specjalna lyzka prosto z wody do patelni z sosem. W ten sposob ociekajacy woda makaron latwiej laczy sie z sosem.
Calosc wymieszac, przykryc pokrywka i wylaczyc gaz. Po kilku kolejnych minutach danie jest gotowe.
Podawac skropione oliwa z oliwek i sokiem cytrynowym.
Labels:
owoce morza,
pasta
Sunday, July 3, 2011
Szybko, latwo i piknikowo
Bylismy w wczoraj w upstate, w pieknym miasteczku zwanym Cold Spring, ktore jest otoczone gorami i lasami, wiec pomyslalam, ze to dobra okazja, zeby zabrac ze soba koszyk piknikowy.
A poniewaz projekt wyjazdu jak zwykle zrodzil sie na dzien przed, musialam zrobic cos szybkiego i jednoczesnie smacznego.
Tym sposobem powstala salatka z tortellini.
Nie podaja ilosci skladnikow, bo to wszystko robi sie na oko:)
Salatka z trotellini
Pierozki trotellini
Piniole
Brokuly
Papryka
Pomidory koktajlowe
Pesto
Tarty Parmezan
Oliwa z oliwek
Pieprz i ewentualnie sol do smaku.
Pierozki ugotowac, w tym czasie kiedy sie gotuja przygotowac reszte. Na suchej patelni lekko podrumienic piniole, dodac do nich rozyczki brokul i papryke pokrojana w kawalki. Ja ledwie podgrzewam brokuly i papryke, bo lubie jak sa prawie surowe, jesli ktos lubi bardziej podsmazone, to prosze bardzo, nie ma problemu:)
Do odcedzonych i goracych pierozkow dodac pesto i wymieszac, nastepnie dodac zawartosc patelni i pomidory koktajlowe, dodac oliwke i swiezo starty Parmezan. Popieprzyc i lekko posolic do smaku, ja nie sole, bo unikamy soli, ale zdaje sobie sprawe z faktu, ze wiekszosc lubi posolone.
Wymieszac i gotowe.
Mozna jesc na cieplo, mozna rownie dobrze na zimno.
Salatka jest smaczna i bardzo latwa w przygotowaniu.
Smacznego!
A poniewaz projekt wyjazdu jak zwykle zrodzil sie na dzien przed, musialam zrobic cos szybkiego i jednoczesnie smacznego.
Tym sposobem powstala salatka z tortellini.
Nie podaja ilosci skladnikow, bo to wszystko robi sie na oko:)
Salatka z trotellini
Pierozki trotellini
Piniole
Brokuly
Papryka
Pomidory koktajlowe
Pesto
Tarty Parmezan
Oliwa z oliwek
Pieprz i ewentualnie sol do smaku.
Pierozki ugotowac, w tym czasie kiedy sie gotuja przygotowac reszte. Na suchej patelni lekko podrumienic piniole, dodac do nich rozyczki brokul i papryke pokrojana w kawalki. Ja ledwie podgrzewam brokuly i papryke, bo lubie jak sa prawie surowe, jesli ktos lubi bardziej podsmazone, to prosze bardzo, nie ma problemu:)
Do odcedzonych i goracych pierozkow dodac pesto i wymieszac, nastepnie dodac zawartosc patelni i pomidory koktajlowe, dodac oliwke i swiezo starty Parmezan. Popieprzyc i lekko posolic do smaku, ja nie sole, bo unikamy soli, ale zdaje sobie sprawe z faktu, ze wiekszosc lubi posolone.
Wymieszac i gotowe.
Mozna jesc na cieplo, mozna rownie dobrze na zimno.
Salatka jest smaczna i bardzo latwa w przygotowaniu.
Smacznego!
Subscribe to:
Posts (Atom)